środa, 23 listopada 2016

Organizacja u Martushki




Nie ma co ukrywać, planowanie jest ostatnio bardzo modne. Korzystamy z przeróżnych kalendarzy, planerów, aplikacji mobilnych, a wszystko po to, by po ludzku nie zginąć w nawale codziennych obowiązków.
Pod koniec każdego roku jedni podsumowują to, co się wydarzyło, a drudzy postanawiają "ogarnąć się" od stycznia. Niezależnie od tego, do której grupy się zaliczacie chciałabym Wam przedstawić moje narzędzia do planowania - zapraszam do lektury!



Kalendarze szkolne

Pierwsze kroki z organizacją, stawiałam już w gimnazjum. Ale, ale! Nie chciałam po prostu notować dat sprawdzianów, kartkówek, audycji - ja chciałam ładnie pisać! Tak, teraz to może dziwne, ale pisałam paskudnie...
Co mnie skłoniło do "ćwiczeń"? Zwykły kalendarz szkolny, dołączony do jednej z gazetek dla nastolatków, który podpatrzyłam u koleżanki. Kiedy zobaczyłam jej pismo - przepadłam. Nie była to kaligrafia, były to ładne kształtne litery i cyfry - tak to się zaczęło.
Kupno kalendarza szkolnego było normą nawet na studiach, bo przecież ten jeden miesiąc można było wykorzystać na szybkie notatki, kiedy (jak to zwykle bywało) akurat nie miałam pod ręką notesu.


Ostatnie kilka lat spędziłam z kalendarzami "Quo vadis" i zasadniczo byłam z nich zadowolona. Dużo miejsca na stronie, poręczny format i pismo wyrobione! 
Z uzupełnianiem szło różnie. Wiadomo, początek roku akademickiego, to wuchta* notatek związanych ze spotkaniem z takim, a takim wykładowcą, a potem dłuuuugo nic aż do sesji.

Jak widzicie, nie zapisywałam praktycznie żadnych informacji "z zewnątrz". Kalendarze zawierały w 99% notatki uczelniane i poza kilkoma rysunkami nie było w nich nic twórczego.

Jeszcze w trakcie korzystania ze szkolnych organizerów odkryłam Projekt Planner. O tym, jakie zmiany zaszły dzięki temu, pisałam w jednym z majowych postów. Jednak zanim opowiem o swoich doświadczeniach z plannerem, przedstawię Wam pozostałych "pomocników" w ogarnianiu codzienności.


Planer worqshop

Od kwietnia moim debeściakiem jest planner Kasi z bloga worqshop. Oczywiście korzystałam przez długi czas z innych kalendarzy ściennych, ale poza zaznaczeniem w nich imienin, czy urodzin nie działo się tam absolutnie NIC.
Za to teraz poza uroczystościami wpisuję również inne ważne dla mnie rzeczy - koncerty chóralne, zaplanowane wyjazdy oraz posty blogowe.
Zainspirowana Kasią (a to nowość!) w sierpniu rozpisałam je po raz pierwszy i staram się tego trzymać. Ostatnio jest mnie nieco mniej na blogu, nie wszystkie posty chcę ostatecznie publikować, ale plan jest naszkicowany. Jeżeli nie jestem pewna, czy wyrobię się z konkretnym wpisem, przyczepiam zakładkę indeksującą z hasłem tematycznym
i w razie potrzeby przerzucam na inny dzień.

Co mi się bardzo w tym kalendarzu podoba? Jego przejrzystość, brak dodatkowych ozdobników i dużo miejsca na notatki (które jak widać nie zawsze jest wypełnione). Każdy miesiąc ma swój kolor, pod który dobieram taśmy washi, czy naklejki. Taki zabieg ułatwia mi zlokalizowanie danego wydarzenia nawet jeżeli nie stoję na tyle blisko, by przeczytać o co konkretnie chodzi (dioptrie powróćcie!) Rzucam okiem i wiem, że na dany dzień mam coś zaplanowane.


Jeżeli chcecie wykorzystać planer Kasi, to grudniowy znajdziecie tu. W swoim już zaczęłam wstępnie zapisywać wszystkie grudniowe terminy i czekam by go zasypać masą świątecznych kolorów!


Memobook

W wakacje coraz częściej migało mi przed oczami hasło "bullet journal". Stwierdziłam, że spróbuję planować
w sierpniu tą metodą. Uzbrojona w memobook zaczęłam działać.

Moje wrażenia? Hm, mam mieszane uczucia. Zdałam sobie sprawę kilka dni temu przy pisaniu tego posta, że troszkę przemyciłam ten system do swojego plannera, mimo że działam na zwykłym wkładzie kalendarzowym. W dalszej części będzie to dokładniej wyjaśnione. Jednak cała idea bujo się u mnie nie sprawdziła. Po prostu nie zaskoczyło. Można mówić, że miesiąc to mało na takie śmiałe stwierdzenie, ale będę obstawać przy swoim.
Poniżej możecie zobaczyć moją pierwszą (i najlepiej wypełnioną) rozkładówkę.

Na końcu mam nadal rozpisanych kilka kolekcji, do których lubię wracać i czasem coś dodać. Lista książek, prezentów, różne mapy myślowe - wszystko w jednym miejscu. Poza tym dzięki ekperymentowi z notesem w kropki, zaczęłam się trochę bawić czcionkami na swój użytek - ot, tak żeby było ciekawiej :)



Przekonałam się, że bullet journal nie jest dla mnie. Ok, ale co z notesem? Żal go marnować, więc znalazł zastosowanie - planuję w nim niektóre posty. Umieszczam wszystkie ważne informacje ogólne, robię szczegółowy plan wpisu i zapisuję zdjęcia, które mają się w nim znaleźć.
To dobre rozwiązanie by, poukładać sobie blogowe pomysły. Kiedy coś mi wpadnie do głowy, zapisuję by potem nakreślić sobie plan działania.




Last but not least - czyli czas na mój numer jeden!



Projekt Planner

Karolina, właścicielka firmy mogłaby mnie z czystym sumieniem nazwać "plannerowym maniakiem" (Karo pozdrawiam!). Prawda jest jednak taka, że to, gdzie jestem teraz i co robię, zawdzięczam właśnie Projekt Planner. 

W kwestii technicznej nie będę powielać tego, co napisała Ewa w swojej recenzji. Opis jest naprawdę rzetelny
i polecam go każdemu, kto zastanawia się nad kupnem plannera.

Jakie są moje odczucia po roku pracy z organizerem tego typu?

Jestem bardzo zadowolona - wszystko się trzyma, poza lekko otartym rogiem nie ma żadnych uszkodzeń (a ci, którzy mnie znają mogliby potwierdzić, że nigdzie się bez niego nie ruszam).
Właściwie nie pamiętam, bym miała problem z przyzwyczajeniem się do ringów, tak po prostu. Planując każdy następny tydzień wyjmuję kartki, zapisuję i już. Nie stanowi to dla mnie problemu, ale rozumiem, że nie każdemu takie rozwiązanie odpowiada. Planner przyszedł do mnie z podstawowymi przekładkami,
ale zmieniłam je dosyć szybko na dopasowane do moich potrzeb:

  • notatki - wszelkie pomysły, zapiski, pojedyncze rysunki
  • osobiste - kwestie zdrowotne i nie tylko
  • Project Life - dzięki tej sekcji byłam w stanie nadgonić pół roku w moim albumie
  • finanse - w nieco odmiennej formie, ale ułatwiają życie

    Dzięki zastosowaniu ringów możemy dowolnie dokładać i wypinać najróżniejsze rzeczy. Wielokrotnie z tego korzystałam: umieszczałam ciekawą ulotkę, czy dodatkową rozpiskę z ważnym zadaniem tygodniowym.


Uwielbiam kieszonki wszyte w okładkę, potrafią naprawdę duuużo zmieścić. Przechowuję w nich zarówno wyniki badań, jak i pojedyncze scrapowe przydasie. Na upartego pewnie nie musiałabym nosić ze sobą portfela, gdybym się porozkładała odpowiednio po kieszonkach ;)

Tyle w kwestii wizualnej. Jak sama nazwa wskazuje planner służy do planowania. Przez rok korzystania z niego widzę, jak zmieniało się moje podejście czy raczej sposób organizacji.

To, co pozostało niezmienne, to kolory. Od początku na każdy tydzień wybieram jeden lub dwa kolory i na takiej bazie działam. Przez około pół roku królowały ozdobniki - taśmy, naklejki itd. Owszem, dało się odczytać zadania, ale po pewnym czasie zaczęłam się gubić w tym, co jeszcze muszę zrobić.




Zdarzały mi się też "chude" tygodnie, kiedy poza wpisaniem rzeczy do zrobienia nie dodałam nic.


Natomiast od mniej więcej dwóch miesięcy mój styl planowania się uspokoił i opiera się na tym, na czym powinien - rzeczach do zrobienia. Po jednym z filmów Kasi, w którym mówiła o wykreślaniu zadań spróbowałam i zaskoczyło. Jest to właśnie ten element przemycony z bullet journala.


Tak, jak wcześniej wybieram kolor/y, ale zamiast wuchty pierdółek stawiam na zadania. Najpierw wypisuję to, co czeka mnie w kolejnym tygodniu: urodziny/imieniny, publikacje na blogu i oczywiście drobne i większe rzeczy do wykonania. Następnie dodaję taśmy washi, czy drobne naklejki lub spinacze. Nie są to dodatki przysłaniające mi listę zadań, a w plannerze od razu jest weselej. Innymi słowy: wilk syty i owca cała :)

W ciągu tygodnia kwadracik przy zadaniach zamalowuję kolorem "przewodnim" i dzięki temu widzę, co jeszcze pozostało mi do zrobienia. Niektóre muszą być wykonane tego dnia, na który zostały wpisane, ale mniej ważne wykonuję w dalszej części tygodnia i stopniowo wszystko "odhaczam" (lub prawie wszystko). Jeżeli nie udało mi się zrealizować czegoś przez tydzień przepisuję to na kolejny.  



***

Wiem, że to może się wydawać oczywiste, ale samo rozpisanie zadań niestety nie załatwia sprawy. To, jak planujemy, jest sprawą indywidualną. Najważniejsze jest, by znaleźć swój sposób, coś co naprawdę pomaga mi zapanować nad wszystkim i tego się trzymać.

Sama widzę, jak wiele mam jeszcze w tym temacie do poukładania, bo przecież gdybym działała codziennie zgodnie
z planem, to sporo rzeczy w moim życiu potoczyło by się zupełnie inaczej. Jest nad czym pracować ;)



A jak jest u Was z planowaniem? Korzystacie z papierowych kalendarzy, czy z aplikacji? Dajecie się ponieść kolorowi, czy wystarczy Wam zwykła list "to do"?

Ciekawa jestem jak planujecie! :)




* dużo, wiele - jestem Poznanianką, zrozumcie ;)

18 komentarzy:

  1. Tez zaczynalam od zwykłych kalendarzy. Myślałam swego czasu, żeby kupić Projekt Planner, ale odkryłam, że wolę tygodniówki pionowe. Jakoś bardziej przejrzyście dla mnie wyglądają i dużo lepiej mi się z nimi pracuje. Miałam z nimi Happy Planner od MAMBI, a pare miesiecy temu przerzuciłam się na bullet journal. Mam takie dni, że prawie nie ma mnie w domu, a do pracy nie używam plannera, a mam takie że mam milion różnych pierdol do zrobienia po pracy i wtedy potrzebuję dużo miejsca, wiec bullet sprawdza się u mnie idealnie :D jak widać każdy musi przejść przez milion etapów, żeby znaleźć swój wymarzony system :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie! Każdy odkrywa najlepszą dla niego metodę :) Teraz byś się odnalazła z ProjektPlannerem, bo mają wkład w kropki :)

      Usuń
    2. Widziałam właśnie :D ale na razie mam nowy genialny notes z grubiutkimi kartkami (160g), które ani trochę nie przebijają i obawiam się, że wrócić do normalnej "zeszytowej" gramatury będzie ciężko :D bo memobook pod tym względem mnie wkurzał jednak :D

      Usuń
    3. Rzeczywiście, grubość papieru to przedmiot wieeeelu rozważań ;)

      Usuń
  2. ja też jestem planneromaniaczką ;) i powiem Ci, że jak korzystałam ze zwykłych kalendarzy to mało co w nich zapisywałam a jak mi się znudziło po paru miesiącach to leżał odłogiem :D a PP sprawdza się na razie idelanie - mam motywację żeby zapisywać najmniejsze pierdoły nawet :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Oj muszę zapisywać, bo inaczej ginę. Mąż się ze mnie śmieje, że ja taka oldskulowa, bo zeszyciki, kajeciki itp. Mam teraz InspiPlanner, a do tego notes i oczywiście rozpiskę miesięczną na lodówce.
    Dojrzewam powoli do zrobienia jakieś hybrydy: potrzebny mi kalendarz, planer plus notes na zapiski luźne. Typowe bujo odpada, ale chyba ogarnę jakiś segregator i będzie się działo! Używam kolorów, taśm i innych dodatków. W ten sposób zapamiętuję sporo, a przy okazji dobrze się bawię ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam ProjektPlanner (mają też rozmiar A5!) - skórka, wkłady można dowolnie dobrać albo na papierze w kropki rozpisywać swój :)

      Usuń
  4. oj dzieki Tobie odkrywam nowy świat...dzięki za pomysły i inspirację!
    pozdr ep

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jej, cieszę się! ❤ Odkrywaj dalej!

      Usuń
  5. Cały czas próbuję planowania w kalendarzach i plannerach. Najlepiej sprawdzają się u mnie jednak luźne kartki. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasem warto zebrać je w jednym miejscu i choćby rozpisać na jednej kartce :)

      Usuń
  6. Jak już widziałaś, ja w tym roku zaczęłam planowanie z PP.
    Zawsze sobie lubiłam zapisywać gdzieś listę rzeczy do zrobienia, potem wykreślać to co zrobione.
    Ale teraz to jeszcze świetnie wygląda!
    Tak ładnie.
    A Twój też mi się bardzo podoba! I bardzo fajnie opisałaś tą całą "ewolucję".
    Będę wpadać częściej!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, dzięki! Ładnie wyglądające plany są czasem nieco mniej straszne, dzięki takim zabiegom ;) Ja u siebie widzę zdecydowaną poprawę produktywności odkąd przerzuciłam się na obecny styl planowania :)

      Usuń
  7. Project Planner zachwycił mnie całkowicie, tak jak Twoje zdjęcia. Piękne!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo Ci dziękuję! Teraz w mojej organizacji nieco się pozmieniało, ale Projekt Planner nieustannie mi towarzyszy :)

      Usuń

Copyright © 2016 Martushkowo , Blogger