niedziela, 23 kwietnia 2017

Jak dałam nadzieję na życie



Witajcie w niedzielne popołudnie!


Dziś jest dla mnie ważny dzień. Nie dlatego, że mam jakieś święto, ale dlatego, że dwa lata temu postanowiłam komuś pomóc.


Ten wpis, to moja bardzo nieśmiała próba dodania szczypty codzienności do bloga - nie tylko papierowej
i albumowej, ale po prostu - codzienności, w której rozgrywają się ważne dla każdego z nas zdarzenia.
Zaczynam może z grubej rury, bo powiem co nieco o pomocy.


  
Myślę, że pomaganie śmiało można uznać za temat kontrowersyjny - jedni robią to dla pieniędzy i sławy, inni krytykują każdą formę doszukując się najróżniejszych rzeczy i twierdząc, że to nie ich sprawa. Nie mnie ich osądzać, bo niby na jakiej podstawie?
Wychodzę z założenia, że wspierać trzeba z głową, bo oddając się wszystkim, w pewnym momencie sami będziemy potrzebowali pomocy. 

Nie jestem osobą, która rzuca się wszystkim na ratunek, jednak w pewnym momencie podjęłam decyzję, by stać się dla kogoś nadzieją. Jednak nie poprzez zbiórki pieniędzy, ale przez możliwość ofiarowania części siebie.

O DKMSie dowiedziałam się, bo rozstawili punkt na mojej uczelni. Sprawdziłam, co kryje się za tym skrótem, a następnie coś zaczęło we mnie kiełkować...

...bo nowotwór często oznacza wyrok
...bo każdy z nas miał z nim pośrednio lub bezpośrednio do czynienia
...bo nigdy nie wiadomo, jak potoczy się życie


A ja aż za dobrze wiedząc, jak wielkie szkody czyni, jak wiele cierpienia przynosi już wiedziałam co zrobię. Na początku podświadomie, a niedługo potem całkiem serio.

Początkowo wcale nie było mi łatwo. Przez kilka dni czaiłam się, przechodziłam obok, czekając aż nikogo nie będzie w pobliżu. W końcu jednak odważyłam się.

Usiadłam, wypełniłam odpowiedni kwestionariusz, pobrałam próbkę patyczkiem (stresując się, jak to ja, że coś źle zrobię i mnie nie zarejestrują) i... już. Wśród studentów śpieszących się na zajęcia, w tym całym zgiełku zrobiłam tylko i tyle, by dać komuś nadzieję i szansę na powrót do normalnego życia.

Wiecie co się działo potem? Nie unosiłam się nad ziemią, niczym Duch Boży nad wodami, nie zaczęłam błyszczeć, ale w środku czułam, że zrobiłam coś wielkiego, wartościowego.

Po kilku tygodniach przyszedł do mnie list potwierdzający moją rejestrację i tak oto zostałam potencjalnym dawcą szpiku, który tylko utwierdził mnie w tym poczuciu.


Kiedy myślę o tym czego się podjęłam, śmiało mogę powiedzieć, że czuję dumę, naprawdę. Dla niektórych to nic takiego, ale kiedy przeczyta się historie zarówno Dawców, jak i Biorców, to można na to spojrzeć nieco inaczej.

Liczę się z tym, że nie znajdzie się osoba, której mój szpik mógłby się przydać, niemniej jest to jedno z moich małych marzeń - stać się prawdziwym dawcą.




A jaki Wy macie stosunek do pomocy? Może też jesteście zarejestrowani w bazie DKMSu? Podzielcie się swoim zdaniem w komentarzu!  

Po cichu liczę również, że moje wyjście z papierów do ludzi Was nie odstraszyło. Zmieniamy się, dlatego i ja chciałam coś zmienić na blogu. Chcę, by było tu też nieco więcej mnie.

Trzymajcie się ciepło!

4 komentarze:

  1. Tak bardzo bym chciała być dawcą, jednak przez chorobę serca nie moge. ;( Nie mogę również oddawać krwi.
    ALe brawo dla Ciebie, że się zdecydowałaś! Teraz tylko czekać na list, że jesteś z kimś "sporewniona" genami!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, współczuję... Ja do tej pory też nie mogłam oddać krwi, ale może coś się teraz zmieniło? To też taki mój mały cel :)

      Usuń
  2. Świetna inicjatywa! Brawa dla Ciebie, że się zdecydowałaś. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Inicjatywa rzeczywiście mega! Bo każdy nosi w sobie pomoc :) Dzięki!

      Usuń

Copyright © 2016 Martushkowo , Blogger