piątek, 22 czerwca 2018

Od nauczycielki dla... nauczycielki

Od nauczycielki dla... nauczycielki
'To jest ten moment, to jest ten dzień'... znów cytuję Jekylla, ale jak tego nie robić? W końcu dziś zaczęły się wakacje! 💗 Co prawda we wtorek czeka mnie jeszcze jedno nauczycielskie zobowiązanie, ale potem woooolne! I przy okazji jest to też mój setny post na blogu 😊

Zastanawiam się, gdzie się podziały te wszystkie miesiące? Minęły bardzo szybko, a ja przez ten czas wsiąkałam w szkołę i kontakt z dziećmi, no i nauczycielami. Dziś chcę Wam pokazać pierwszą kartkę dla koleżanki, która służyła mi pomocą i pomysłami, doradzała
w wielu sprawach, no po prostu była 😉 W ramach podziękowania powstał box, który jest chyba moim ulubionym na tę chwilę - te kolory papierów od Piątku Trzynastego, tekturki, tablica... Po raz pierwszy nie ozdobiłam wieczka od boxa, ale jego surowy stan idealnie mi się komponował z resztą.

Łapcie szczegóły:







W kolejnych postach pojawią się pozostałe kartkowe podziękowania.
Udanych wakacji!


sobota, 16 czerwca 2018

Jak zostałam organistką - czyli historia zmiany planów pomaturalnych

Jak zostałam organistką - czyli historia zmiany planów pomaturalnych

Wystarczy rzut oka na mój wpis urodzinowy z zeszłego roku, by nabrać przekonania, że coś jest ze mną nie tak, bo jestem muzykiem.
I to nie takim popularnym, co to sobie koncertuje po klubach, ale dość staroświeckim.

No bo sami chyba przyznacie, że organy i śpiewanie w chórze, to nie jest szczyt nowoczesności? Za to te dwa elementy stanowią mocny fundament mojego życia od... tak porządnie, to od klasy maturalnej. Zatrzymajmy się jednak na chwilę, by zrozumieć, dlaczego poruszam nagle jakieś zamierzchłe czasy z ery dinozaurów 😉

Kilka dni temu trafiłam u Agnieszki na wpis o tym, jak potoczyło się jej życie po maturze. Posty z serii #copomaturze są fajną akcją organizowaną przez Socjopatkę. Kliknijcie zdjęcie po więcej szczegółów:


 #copomaturze


Oczywiście po przeczytaniu historii Agi, wpadł mi do głowy pomysł, by opisać swoją ścieżkę, ale jak szybko wpadł, tak szybko z niej wyleciał, wykopany przez wewnętrznego krytyka.

No bo jak? Odwiedziny znikome, a ja tu chcę się przyłączać do jakiejś akcji blogowej? Pff, dobre sobie! 

Jednak jak widzicie wpis powstał, a zmotywowała mnie do tego sama Agnieszka, która słusznie zauważyła, że nie dla każdego moja muzyczna rzeczywistość jest normą. Ja się już z nią obyłam, ale może wśród Was jest ktoś, kto myśli nad taką drogą? A może po prostu jesteście ciekawi, jak to się stało, że pracuję w dość nietypowym zawodzie, jakim jest organista?
Zapraszam Was w takim razie do dalszej lektury, a zaczniemy od cofnięcia się do moich czasów licealnych...


Wszystko zaczęło się w drugiej klasie liceum, kiedy podczas jednej
z mszy usłyszałam o mającym się utworzyć przy parafii chórze. Od razu mnie to zaciekawiło i zagadałam do naszego organisty (kto by pomyślał, że jeszcze kilka lat i będziemy dzielić ten sam instrument!), przez którego można było się zgłaszać do dyrygenta. 

Chęć wyraziłam i tak minęło kilka miesięcy, a ja w tym czasie znalazłam się już w klasie maturalnej. Jak już pewnie nie raz wspominałam, moja szkoła nie była taka normalna. Uczono nas gry na instrumentach, kształcenia słuchu, harmonii, historii muzyki... (te ostatnie to taka mocno rozszerzona typowa muzyka w szkołach). Sami więc widzicie, że było oryginalnie. Oczywiście mieliśmy tam też chór, zresztą śpiewałam wtedy w jednym zespole poza szkołą (nic nowoczesnego, cały czas te same klimaty), ale byłam wtedy w takim muzycznym momencie swojego życia, że to co uznawałam przez wiele lat zaczęło mnie mocno uwierać i dotarło do mnie, że nie o to w tym wszystkim chodzi. Nie chcę się zagłębiać, bo pewnie wyszłaby z tego niezła kłótnia 😉

Dlatego szukałam też czegoś, co poza szkołą da mi radość z muzykowania. I tak oto, po wspomnianym zgłoszeniu, w październiku 2010 roku poszłam na przesłuchanie. Nie wiedziałam jak będzie ono wyglądało, bo nigdy nie zgłaszałam się do innego chóru. Tam też dowiedziałam się, że z altu zrobiłam się po kilku latach sopranem 😊 Wtedy rozpoczęłam swoją przygodę chóralną, która cały czas przynosi mi wiele doświadczeń i przygód. 

Mijały miesiące, a ja w tym czasie rozpoczęłam przygotowania do matury, a także myślałam na jakie studia pójdę. Może Wam się to wydać dziwne, ale po trzynastu latach w szkole muzycznej chciałam się odciąć od tego świata i... studiować meteorologię. Baaardzo nietypowo, co?
Czas mijał, ja robiłam różne zadania, mapy, obliczałam godzinę na sąsiedniej półkuli, przygotowywałam się do dyplomu i oczywiście śpiewałam. Jako, że próby chóru nie składają się wyłącznie ze śpiewania, to w luźnych rozmowach dowiadywaliśmy się o sobie więcej i więcej. I tak też się okazało, że mój kolega dyrygent (bo stał się nim, kiedy dołączyłam do zespołu) studiował wtedy na Akademii Muzycznej, na wydziale Dyrygentury Chóralnej, Edukacji Muzycznej i Muzyki Kościelnej. Od słowa do słowa zachęcał mnie, bym również startowała, bo to fajny wydział i daje dużo możliwości. Chyba sami przyznacie, że już sama nazwa łączy ze sobą wiele aspektów? 

Początkowo nie byłam przekonana, ale moja rodząca się miłość do organów i normalnej muzyki liturgicznej zadecydowała - idę na IV wydział! Zmieniłam swoje plany o 180 stopni i zamiast rzek, państw, szczytów i gleb, zaczęłam ćwiczyć dyrygowanie i przygotowywać się do kolejnego ekscytującego etapu w życiu.
Pamiętam drzwi otwarte na wydziale, egzaminy wstępne sprawdzające predyspozycje dyrygenckie, słuch muzyczny, grę na instrumencie i... listę rezerwową. 





Tamta wiadomość ścięła mnie z nóg. Do teraz to pamiętam. Jakbym dostała obuchem. I gdybym miała jeszcze jakąś alternatywę, to pewnie bym się tak tym nie przejęła, ale ja zostałam z jedną ręką trzymającą wyniki matur i drugą w nocniku.

Wakacje minęły, ja w tym czasie szukałam sobie innego kierunku studiów z drugim naborem i ciągle miałam nadzieję, że się uda...

I udało się!

Ulga i radość, które wtedy poczułam były nie do opisania - będę studiować! Nie będzie roku w plecy! Cieszyłam się również z tego, że będą tam osoby, z którymi chodziłam do szkoły, więc nie będzie tak obco na początku. 

Zamiast opisywać szczegółowo każdy semestr studiów powiem Wam, że te pięć lat spędzonych w murach Akademii Muzycznej, to był najlepszy czas w moim życiu. Obserwowałam zachodzące w sobie zmiany. Na niektóre rzeczy (pozamuzyczne) nie zwracałam wtedy do końca uwagi (a szkoda, bo wszystko wyglądałoby dziś inaczej), miałam w tym czasie kilka potknięć, ale wyniosłam stamtąd mnóstwo pozytywnych doświadczeń, wielu znajomych, kilka mocniejszych znajomości i oczywiście zawód. 

Bo ten jasny punkt, który ostatecznie prowadził mnie na uczelnię, to była właśnie możliwość zostania organistką. Pamiętam pierwsze lekcje organów w sali o tak specyficznym zapachu, że czuło się go piętro niżej idąc na zajęcia - najpierw teoretyczne, w czasie których nogi świerzbiły mnie do grania, potem praktyczne, kiedy wreszcie mogłam zacząć grać!
Tu doświadczyłam grania w Auli Nova podczas koncertu, zarówno solo, jak i z zespołem. Moc, którą wydają organy na sali koncertowej jest nie do opisania. Wiele koncertów, dodatkowych prób przed nimi, dyplomy każdego kolejnego rocznika, przed którymi ćwiczyło się gdzie tylko było miejsce do śpiewania, potem moje własne recitale... To uczucie, kiedy po pierwszym roku studiów zaczęłam grać w czasie mszy na organach... W lipcu minie sześć lat. 



Prócz zawodu organisty, jestem również nauczycielką, więc swoim studiom zawdzięczam dwa zawody, które z powodzeniem na co dzień łączę. Po tym roku widzę, że zmiany zawodowe były mi bardzo potrzebne i nie stało się to przypadkowo, jestem tego pewna. 

Z perspektywy czasu nie żałuję dalszego kontynuowania swojej muzycznej ścieżki edukacji, mimo że są bardziej opłacalne kierunki studiów. Jednak na Akademii byliśmy jak rodzina. Większość się zna, co nie jest specjalne trudne, ponieważ wszystkich studentów z pięciu lat na pięciu wydziałach jest około ośmiuset. Sami więc widzicie, że stanowimy grono dość kameralne, ale to właśnie jest w tym najlepsze - rzadko kiedy idzie się korytarzem nie znając kogoś choćby z twarzy. Urzeka również serdeczność wobec siebie. 
"Masz dyplom i brakuje ci głosów do śpiewania? Nie ma problemu! Kiedy próba?"

Nie chcę, byście pomyśleli, że u muzyków jest tak różowo-cukierkowo, bo zdarzały się przedmioty nudne jak flaki z olejem, ciekawe choć w niesprzyjających warunkach (organoznastwo
w poniedziałki o ósmej, w dusznej i ciemnej sali) i takie, z których by się nie wychodziło (historia kultury).
Były dni, kiedy dana partia w którymś głosie za cholerę nie trzymała się choćby swojego szkieletu rozpisanego w nutach i brzmieliśmy jak roztrojone waltornie i altówki (czytaj: bardzo źle) doprowadzając tym siebie i pedagogów do granic wytrzymałości.

Ileż to godzin spędziliśmy w bufecie na rozmowach ważnych, ważniejszych i błahych, na ustalaniu zajęć indywidualnych, na próbie
i w efekcie nauce do sesji... 

Muzyk, jak każdy doświadcza blasków i cieni życia zawodowego. Ale można to powiedzieć o każdym - nawet o freelancerach. 

Mam świadomość, że nie jestem wirtuozem i do tego nigdy nie dążyłam, ale jestem wdzięczna, że dane mi było studiować taki nietypowy kierunek, dzięki któremu zyskałam bardzo wiele. Co prawda zatrzymałam się na jednym wydziale, tym wspomnianym wyżej, ale bardzo wiele osób przychodzi do nas po innym, by poszerzyć kompetencje albo staje się on 'trampoliną' do innych wydziałów. 

Wiecie, co jeszcze dało mi studiowanie? Pewność siebie! Bo pierwszego dnia zrobiono ze mnie starostę roku, więc chcąc nie chcąc musiałam ten swój dziub otworzyć i odezwać się do kogoś, kogo nie znam, pogadać z wykładowcami itd. To zdecydowanie zaprocentowało w kolejnych miesiącach i latach - choć i tak nie zawsze lubię się odezwać i dopada mnie taka normalna ludzka nieśmiałość. 

Studia na Akademii Muzycznej, przyniosły też ze sobą sporo perełek chóralnych, które poznałam bezpośrednio i pośrednio przez naukę w tych murach.
Ale to już temat na inny post... 😊




wtorek, 5 czerwca 2018

Dziewczęcy scrap

Dziewczęcy scrap

Zawsze kiedy robię jakiegoś scrapa wydaje mi się, że od ostatniego 'dziubania' minęło niewiele czasu. I zawsze zaskakuje mnie to, że jest inaczej. Po prawie pięciu miesiącach mam do pokazania nowy layout! Powstał co prawda już ciut wcześniej, bo można go było zobaczyć na instagramowym koncie Family Portraits. Mimo, że widzę go codziennie (bo stoi na półce w moim pokoju), to jakoś nie zebrałam się wcześniej, by go tu wrzucić. 

Być może komuś to zdjęcie wyda się znajome - i słusznie! Użyłam go już do małego, urodzinowego projektu, ale że zdjęcia wydrukowały mi się podwójnie, to wykorzystałam jedno z nich, by się nie marnowało. Zresztą drugie z tej czarno-białej sesji też już znalazło swoje scrapowe miejsce 😊 







Bardzo fajnie korzystało mi się ze starszych produktów od FP,
a zwłaszcza z kart(y), która praktycznie tworzy cały scrap. No i znów poszalałam z chlapnięciami - jakoś nie umiem się powstrzymać, kiedy już zacznę 😉 Całę szczęście, że mam swoje małe farbki z Tigera, bo dzięki temu zaoszczędzę sporo na ecoline'ach! 

środa, 30 maja 2018

Tu i teraz maj

Tu i teraz maj

Mój ulubiony miesiąc dobiega końca. Zawsze tak samo szybko mi leci. Jest to pewnie też związane po części z oczekiwaniem na moje urodziny.
Poza tym, łapałam się na tym, że myli mi się maj z czerwcem. Wszystko to przez prawdziwie letnią pogodę, którą przyjmuję
z radością po tych srogich mrozach. 


W takim razie lecimy z podsumowaniem maja. O pewnych rzeczach pewnie mogliście już przeczytać na facebooku lub instagramie, no bo jak tu się nie dzielić tym, co miłe i dobre?  


SŁUCHAM
na początku miesiąca słuchałam swoich ulubionych kawałków
z 'Upiora w operze' (nic dziwnego!), a potem odkryłam cudowną perełkę chóralną, która niemal od razu trafiła na listę moich ulubionych kawałków! Od kilku dni słucham też sobie nowej płyty 2CELLOS, bardzo lubię muzykę instumentalną, bo stanowi idealne tło do czegokolwiek i nie rozprasza tekstem. Niektóre kompozycje chóralne też mi towarzyszą w czasie pracy. 



CHCIAŁABYM
móc przeżyć niektóre chwile jeszcze nie raz. Obejrzeć ponownie ulubiony musical, mieć raz jeszcze urodziny (ale nie kolejne, tylko te niedawno obchodzone)

Poza tym chcę wypróbować dwa przepisy z soczewicą. Od jakiegoś czasu już za mną chodzi, więc chyba pora spróbować!

 
CZUJĘ SIĘ
szczęśliwa. Samotny wyjazd do Białegostoku był czymś, czego potrzebowałam. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym wybrać się na 'Upiora' z kimkolwiek. Są takie momenty, które należy przeżywać samemu i to był idealny przykład. To przedstawienie jest dla mnie zbyt emocjonalne, by z kimkolwiek je dzielić.




CIESZĘ SIĘ
ze zrealizowanego marzenia o wyjeździe na 'Upiora w operze'. Tak, ten miesiąc kręci się wokół tego, ale dla mnie to wydarzenie półrocza chyba 😉 Zresztą niech podniesie rękę pierwszy, kto na nic nie czeka 
i o niczym nie marzy! Poza wyjazdem do Białegostoku udało mi się też wybrać na inne koncerty do poznańskiego Teatru Muzycznego. Maj upłynął więc pod znakiem musicali, a to wszystko nie byłoby możliwe, gdyby nie działanie, o którym pisałam w poprzednim poście


CZYTAM
tu bez zmian, nadal książkę Oli Budzyńskiej. W kolejce jest już 'Kierunek freelance' Ewy Brzozowskiej, ale chyba zacznę ją na spokojnie w wakacje. 
Ciekawa jestem skąd u mnie ten problem z czytaniem. Kiedyś czytałam więcej, a teraz po kawałku co jakiś czas...





CZEKAM NA
wakacje! Chociaż pogoda jest już prawdziwie letnia, to czekam na zakończenie roku szkolnego i wolne! Powoli robię sobie listę rzeczy, które chce przez lipiec i sierpień zrobić i oby tylko nie skończyło się na samym napisaniu tych planów.


A Wam jak minął maj? Wyruszyliście
w podróż życia, a może zrobiliście coś fajnego na miejscu? Napiszcie koniecznie! 😊


niedziela, 27 maja 2018

Żyjąc przez działanie - znów mam urodziny i widzę zmiany!

Żyjąc przez działanie - znów mam urodziny i widzę zmiany!

Kolejny rok życia za mną i w pełni zgadzam się ze słowami znalezionymi kilka dni temu w internecie: 'nie zdążyłam się przyzwyczaić do swojego wieku, a on znów się zmienił'
Taaak... dwanaście miesięcy minęło bezpowrotnie, przynosząc ze sobą zmiany. Nie chcę jednak robić tu na siłę jakiegoś zestawienia, czy podsumowania, bo nie ma to sensu. 
Powiem Wam tylko, że wokół nas dzieje się wiele. I są to bardzo różne i często skrajne sytuacje. Każda z nich wnosi coś do naszego życia, nawet w niewielkim stopniu. Trudne sytuacje potrafią początkowo najzwyczajniej w świecie dobić i przywalić jeszcze raz dla pewności łopatą, ale sztuką jest, by wychodzić z nich choćby z cieniem uśmiechu i nadzieją na lepsze jutro. 

Mówcie co chcecie, ale trudno mi uwierzyć, że kończę 26 lat! Przecież przed chwilą obchodziłam ćwierćwiecze życia, a tak niedawno kończyłam liceum! Nie wiem czy to kwestia zwykłej, często czarnej niczym smoła rzeczywistości, czy po prostu 'tak już musi być'. Jedno czego się boję: że za jakiś czas (szybciej niżbym chciała), obudzę się jako 40 latka i stwierdzę, że ktoś zabrał mi najlepsze lata życia i tym kimś okażę się ja sama.




Jaka jest więc recepta na jakiekolwiek spowolnienie tego pędu życia? 

Cóż, na tę chwilę przychodzi mi do głowy tylko jedna, nieco wyświechtana ostatnio myśl: żyć. Wiem, że wszystkie poradniki o tym mówią w mniej lub bardziej lukrowanych i cukierkowych słowach, ale to prawda. 

Chyba najbardziej uzmysłowił mi to mój wyjazd do Białegostoku na początku maja. 
Miałam marzenie, by jeszcze kiedyś zobaczyć 'Upiora w operze'. Mówiłam o tym, choć nie widziałam szans na to, by mi się udało. Dlatego, kiedy trafiłam w internecie na informację, że będą to grać, postanowiłam że zrobię co w mojej mocy i zrobiłam. Wiedziałam, który dzień będę miała wolny w pracy i w ten jeden celowałam
z wyjazdem. Ta podróż była dla mnie dużym przeżyciem. Przede wszystkim dlatego, że po dziesięciu latach mogłam znów zobaczyć spektakl, który mnie zauroczył jeszcze za czasów licealnych. Innym powodem była samotna podróż na drugi koniec Polski, o którym nie wiedziałam nic. 


Nadal wspominam ten wyjazd sprzed trzech tygodni jednocześnie uświadamiając sobie, że jeszcze jakiś czas temu nie zdecydowałabym się na taki krok. Sama, na drugim końcu Polski - szaleństwo. Jednak dla marzeń i pasji, człowiek jest w stanie robić przeróżne rzeczy. Zaraz po przyjeździe, będąc chyba nadal w ciągu musicalowym sprawdziłam terminy spektaklu, na który się wybierałam od września i... kupiłam bilet. 

Nie chcę jednak, by połowa dzisiejszego wpisu była o biletach
i musicalach.
Tym czego się nauczyłam, jest działanie. Co by mi dało zastanawianie się po fakcie 'co by było gdyby...'? Myślę, że frustrację i żal za niespełnionym marzeniem. Wiem, jak było kiedy chciałam jeszcze raz pójść na jeden spektakl i czekałam... no, nie powiem Wam na co, ale się nie doczekałam. I w czasie trwania musicalu w mojej głowie przewijała się myśl 'kurczę, mogłam tam być', dlatego wiem o czym mówię. Sami zresztą na pewno macie na swoim życiowym koncie takie sytuacje, prawda? 


Jednak nasze działanie musi być świadome. Owszem, czasami działamy pod wpływem chwili i tego nie żałujemy, ale umówmy się, że tak można robić raz na ruski rok, ok? W przeciwnym razie będziemy żyć chwilą baaaardzo dosłownie, a to odbije się poważnie na naszej stabilności życiowej i finansowej. 
Często przystopowanie w tej euforii i spojrzenie na swoją obecną
i przyszłą sytuację na chłodno może pomóc nam zaoszczędzić sobie niepotrzebnych wspomnień, zachowań. Nie możemy mieć wszystkiego i im szybciej to zrozumiemy, tym lepiej dla nas. Sama nadal nad tym pracuję i widzę postępy. Częściej umiem odmówić, nie przejmować się, czy właśnie przyjąć, że do czegoś się nie nadaję, a moje miejsce jest gdzie indziej. 




Na przestrzeni ostatnich dwunastu miesięcy widzę, jak często musiałam działać. Nie zawsze był czas na zastanawianie się, decyzja musiała zostać podjęta niemal z godziny na godzinę, a wiedzcie, że to nie były wątpliwości typu 'jakie buty dziś ubrać'. 
Mimo, że często kończyło się to u mnie nerwami, to dziś pewnie plułabym sobie w brodę, gdybym wtedy odpuściła. Chodziłabym zmęczona i wkurzona. 

I teraz będąc na półmetku tego roku zaczynam się zastanawiać, czy wybrałam sobie odpowiednie słowo na 2018 rok... Może to właśnie powinno być działanie...? Jakby się nad tym zastanowić, to działanie napędza dążenie do reszty. 
Chcesz równowagi, spokoju, prostoty, rozwoju? Działaj!

Na koniec dziękuję Wam, że tu dobrnęliście (mam nadzieję!) i mojej Mamie za zdjęcia. Do dziś nie może zrozumieć, dlaczego nie chciało mi się rozpocząć przygody poza jej brzuchem 26, zamiast 27 maja 😉
A jeśli chcecie poczytać co nieco o mnie, to w tekście sprzed roku znajdziecie różne ciekawostki i... dziwactwa. 



Czy w Waszym życiu zdarzyły się jakieś sytuacje, które wymagały postawienia wszystkiego na jedną kartę lub podjęciu decyzji 'teraz, zaraz'? Dajcie znać!





Copyright © 2016 Martushkowo , Blogger