sobota, 14 kwietnia 2018

Minialbum z garstką wspomnień

Minialbum z garstką wspomnień

Wreszcie przyszła prawdziwa wiosna, a z nią mnóstwo okazji do robienia wieeelu zdjęć! Od początku mojej przygody z project lifem zauważyłam, że robię ich zdecydowanie więcej niż kiedyś.
Czasami jednak nie jesteśmy w stanie zmieścić wszystkich do albumu: bo nie pasują do reszty, bo jest ich już zbyt wiele, a nie chcemy dokładać kolejnych koszulek... Powody mogą być różne.

Mi również na koniec albumu z 2016 roku zostało kilka zdjęć, które mimo, że ważne to nie znalazły tam swojego miejsca. I tak leżały sobie w szufladce i czekały, aż wreszcie wpadłam na pomysł co z nimi zrobić. 

Pamiętacie albumik, który zrobiłam dla mojej chrześniaczki? Dziś pokażę Wam podobny, ale mój. Jest co prawda cieńszy, ale miałam taką samą frajdę z jego tworzenia, jak przy poprzednim.  

Teraz po czasie trochę brakuje mi w nim notatek, ale hej! Zawsze mogę sobie to odbić przy kolejnym... 😉

No to zapraszam do oglądania, a na końcu wpisu znajdziecie listę materiałów, których użyłam.













Wykorzystane produkty:

Karty: Stars, Good things, Bright side, Life is wow, Artsy
Naklejki: kolorowe 'Life is wow', enamel dotsy, transparentne napisy miłosne i codzienne

środa, 4 kwietnia 2018

Dlaczego nie do końca lubię Wielkanoc?

Dlaczego nie do końca lubię Wielkanoc?

Święta, czas zadumy, refleksji, rodzinnych spotkań, tony zjedzonego sernika lub pasztetu... dla każdego z nas co innego w tym czasie jest ważne. I absolutnie nie chcę urazić ludzi, którzy nie uczestniczą od strony duchowej w tych dniach. Jesteśmy ludźmi i mamy prawo do swoich poglądów i wyborów. Także tych dotyczących Świąt. 

Na wstępie chcę Wam tylko powiedzieć, że rzadko poruszam takie tematy w internecie i nie zamierzam nikogo nawracać. Skąd więc pomysł na taki post? Dobre pytanie, sama nie umiem znaleźć tej jednej, właściwej odpowiedzi...
Zapraszam Was po prostu do lektury.  

Jeśli zapytalibyśmy dzieci, które Święta bardziej lubią, większość odpowiedziałaby dosyć przewidywalnie - Boże Narodzenie. Nam też jakoś łatwiej jest je wybrać.

Wokół tych Świąt narosła komercyjna otoczka, ale nawet pomijając ją na pierwszy rzut oka 'Gwiazdka' wydaje się przyjemniejsza, bo wiecie: Jezus się rodzi, nowo narodzony bobas roztacza wokół swoją boskość 

i jest miło.

A Wielkanoc?

Owszem, to czas radości, ale poprzedzony czym?
Śmiercią. 


A to już komercyjne nie jest. I stąd zajączki, kurczaczki, jajeczka (dobra, to ostatnie najmniej razi, bo jajko to symbol życia).
Odczepię się już od medialnej nagonki na jedne i drugie Święta, bo nie o tym ten wpis ma traktować. 

Wspomniałam wyżej, że mamy swoje poglądy na różne sprawy, 

o różnych rzeczach wyrabiamy sobie takie, a nie inne zdanie, ale przychodzi moment, kiedy coś się zmienia.

My sami.

Zmieniamy fryzury, gust muzyczny, znajomych, poglądy...
I ta cała zmienność dotknęła także i mnie. W wielu kwestiach - wszak kobieta zmienną jest - ale też w tej duchowej: bardziej polubiłam Wielkanoc.

Ale zaraz. Przecież tytuł posta sugeruje, że jednak nie do końca... 


No właśnie, coś tu nie gra. Szczególnie jeśli dodamy do tego fakt, że jestem organistką. Powiem Wam, że dopiero w tym roku odczułam to dość mocno. A to dlatego, że po raz pierwszy miałam okazję zobaczyć to wszystko w innym kościele. Odkąd pamiętam wszystkie ważne uroczystości i sakramenty miały związek z moją rodzinną parafią. 
Życie pisze jednak różne scenariusze i pod wpływem ubiegłorocznych zmian zrobiłam coś, czego bym się po sobie nie spodziewała - zostałam organistką w innym kościele. Mogę szczerze powiedzieć, że było to wyjście poza moją strefę komfortu, bo w poprzednich latach skutecznie broniłam się przed graniem 'na obczyźnie', a takie przypadki policzyłabym na palcach jednej ręki. A tu bach! Taka zmiana, na którą sama się zdecydowałam. 

Pominę poprzednie miesiące, które mogłyby być tematem osobnego wpisu. Przejdźmy do Wielkiego Postu, a konkretniej do Triduum Paschalnego. 
Dla wyjaśnienia - to trzy dni bezpośrednio przed Wielkanocą, przypominające nam wydarzenia ostatnich dni Jezusa na ziemi.

Wydarzenia tych dni przeżywałam z góry - balkonu. Już samo to zmienia nieco perspektywę. Jednak największe wrażenie zrobiło na mnie puste tabernakulum i przestrzeń wokół niego. 

Żadnych kwiatów, obrusów, ksiąg, świec, zgaszona lampka. Pustka. 

Wcześniej jej nie dostrzegałam. Od dziecka znałam ten ołtarz, prezbiterium, wszystko. I widziałam jak co roku kapłan przenosił hostie do symbolicznej w tych dniach ciemnicy.
Nie było w tym dla mnie nic nowego. 


Wielki Piątek okazał się chyba najbogatszy w takie doświadczenia. Kiedy wszystko cichnie, światło przygasa i nie masz wyboru, nie masz dokąd uciec wzrokiem, czy słuchem - to, co tkwi w ciszy zaczyna się uwidaczniać. 
Dotarło do mnie, jak wielka była ofiara Chrystusa na krzyżu oraz, że ja nie byłabym zdolna tak się poświęcić, że nie rozumiem miłości, która pozwoliła mu to zrobić. 

Pustka, cisza i krzyż łączą się w całość, dając przestrzeń do przemyśleń. I nagle ten dzień się kończy. Ale jest jeszcze Wielka Sobota. 
Udało mi się ją dobrze zacząć, gdy przyszłam odśpiewać jutrznię, ale potem wróciłam do ostatnich drobnych obowiązków, by powrócić wieczorem.

Ale wtedy było już inaczej.


Wiedziałam dobrze, że wniosą Światło, że Orędzie wielkanocne wraz 
z kolejnymi czytaniami jeszcze bardziej przybliży nas do punktu kulminacyjnego, wiedziałam też jaka będzie radość z wykonania Gloria. 
I to wszystko było. Oczekiwanie, rosnące napięcie i ponowne przypomnienie sobie pamiątki Zmartwychwstania - nastała Wielkanoc. 

Poczułam, że Wielki Piątek był dla mnie za krótki. Na usłyszenie ciszy, spojrzenie w pustkę, przeżycie ofiary krzyżowej. To wszystko działo się naprawdę szybko, co jest znakiem nadziei dla nas, że śmierć nie oznacza końca. Jakkolwiek byśmy na to nie patrzyli 
i jakiejkolwiek religii byśmy nie wyznawali.

Bo śmierć jest wszędzie, na każdym kroku. 

Ale jest też nadzieja życia.

Nie lubię Wielkanocy za to, że tak szybko nadchodzi, a po chwili wszystko się uspokaja. Życie toczy się swoim torem, wracamy do pracy i kilka miesięcy czekamy, by chcąc nie chcąc ponownie pochylić się nad tym trudnym tematem.

A Wielki Piątek jest cichy, pełen zadumy.
I żałuję, że nie mogę go wydłużyć tak, by jeszcze bardziej przeżyć ten pełen tajemnicy bezruch i zamarcie.




Jeśli dotrwaliście do końca tego niecodziennego wpisu - dziękuję.
Po prostu. 



środa, 28 marca 2018

Tu i teraz - marzec 2018

Tu i teraz - marzec 2018

Pierwszy kwartał roku minął mi zadziwiająco szybko. Co chyba nikogo już nie dziwi, bo często zwracam uwagę na upływający czas. 
Wiecie kiedy to najbardziej odczułam? Kiedy czas do obserwacji
w ramach mojego awansu zawodowego z trzech tygodni skurczył się do dwóch dni.
A ja tylko mrugnęłam okiem!
I jakoś przeżyłam te trzy tygodnie, ale wiecie - prokrastynacja to moja niepisana siostra bliźniaczka i chyba tylko ja z nią jestem w stanie wytrzymać. Nie zawsze.

No dobra, poza przeżyciem trzech tygodni do godziny '0', przeżyłam też cały marzec i właściwie to był kolejny pracowity, męczący, ale
i fajny miesiąc.
Dlatego czas na małe podsumowanie!


SŁUCHAM
W pierwszym poście z tej serii napisałam, że jako muzyk ciągle czegoś słucham i w sumie będzie łatwo. Otóż nie jest! 😉 Moje słuchanie muzyki często oznacza męczenie jednego kawałka w kółko aż do zmiany nastroju. Ups! A jak już zmienię co nieco, to najczęściej wchodzę w nastrój sakralny i słucham takich pięknych, aczkolwiek dla niektórych z Was dziwnych rzeczy jak Exultet.
Takie spokojne i powtarzalne pochody melodyczne sprzed wielu wieków są dla mnie czymś niezwykłym. Także moja praca magisterska była silnie związana z chorałem gregoriańskim - taki już ze mnie dziwny przypadek 
😉

Przy okazji przypomina mi się co jakiś czas, że kiedyś chciałam napisać post o swoich ulubionych kompozycjach chóralnych, ale ciągle mnie coś powstrzymuje przed napisaniem go... 

Może pomożecie jakimś słowem zachęty?


CHCIAŁABYM
Od jakiegoś czasu brakuje mi chęci do internetowego działania. Mam chyba jakieś przesilenie zimowo-wiosenne. Chciałabym wrócić do częstszych publikacji na blogu i odzyskać chęć do robienia minisesji na swoje social mediowe potrzeby. Przez kilka tygodni nie miałam też za bardzo okazji działać w moim albumie, a marzy mi się ruszenie dalej i zmniejszenie zaległości z zeszłego roku.


CZUJĘ SIĘ
Ciągłe wahania pogody, która jakoś nie może się zdecydować na zmianę na wiosenną, skutkują zmęczeniem zimnem i kolejnym przeziębieniem. Niech już będzie ciepło, co?



JESTEM WDZIĘCZNA ZA
Cóż, z tym jest trochę jak ze słuchaniem - niby łatwo, ale powtarzalnie. Mimo trudności, dostrzegam, jak wiele dobra przynoszą mi zmiany, które się dokonały jesienią. Jakby nie patrzeć rozwijam się - pomału, ale jednak! Rzeczy, które przerażały mnie jeszcze pół roku temu, teraz są przeze mnie często wyczekiwane i sprawiają, że czuję się dobrze tu, gdzie jestem.
Dobrze, że są wokół mnie ludzie, dzięki którym możemy wspólnie tworzyć coś zarówno ad maiorem Dei gloriam, jak i również dla rozwoju dzieci. 


CIESZĘ SIĘ
Wspomniałam na początku o obserwacji, która jest jednym
z obowiązkowych punktów w awansie zawodowym nauczyciela. Cieszę się, że przebiegła w przyjaznej atmosferze i wypadła bardzo dobrze 😊 



CZYTAM
Przyznam, że ciągle to samo! Tym razem jednak do 'Miej umiar' dołączył blog Agnieszki Life Managerki. Podoba mi się, to co robi oraz jej podejście do życia. 


CZEKAM NA
Pogoda ciągle daje się nam wszystkim we znaki i kiedy już myślę, że wreszcie będzie można przerzucić się lżejszą kurtkę, to za chwilę znów robi się zimno. Czekam na wiosnę i chwilę wolnego podczas przerwy świątecznej. Chociaż, kiedy jest się organistką, to trochę trudne, skoro ten czas spędza się w kościele, ale lubię to!



Jestem ciekawa jak Wam minął marzec! Nastawialiście się na totalną wiosnę, czy byliście sceptyczni? No i ciekawe, czy dopadło Was wiosenne przesilenie? 

Wesołych i dobrych Świąt!

sobota, 17 marca 2018

Na 90 urodziny

Na 90 urodziny

Jest połowa marca, za cztery dni ma podobno przyjść wiosna (tylko coś ją ten śnieg wystraszył!), a ja padam.
Ostatnie tygodnie są dla mnie dużym wyzwaniem, ale ten zdecydowanie wygrał w kategorii 'dobijanie i ból życia'.
Z drugiej strony można by zapytać, co my młodzi ludzie wiemy o życiu? Przed nami jest mnóstwo doświadczeń, wzruszeń, lat. Istnieje też niestety prawdopodobieństwo, że nie dożyjemy bardzo późnej starości.
W takim wypadku osobie, która dożywa sędziwego wieku prócz tradycyjnych życzeń należy też składać gratulacje. 

W moim bliskim otoczeniu są dwie takie osoby i to właśnie dla jednej z nich powstała niedawno kartka. 
Niezwykle miły i serdeczny sąsiad obchodził kilka dni temu swoje 90. urodziny. Zacny to wiek i życzyć go można każdemu. Do drobnego upominku dorzuciłam również drobną i skromną kartkę. 

Ostatnio bardzo dobrze pracuje mi się na formacie A6. Czasami dobrze jest odpocząć od większych formatów. Dwa stonowane papiery ozdobiłam tym, co najbardziej lubię: tekturkami i enamel dotsami. Nie mogło oczywiście zabraknąć liczby 90. Wykorzystałam cyfry ze złotego alfabetu. Podoba mi się efekt przedarcia, na który się zdecydowałam. 

Poniżej szczegóły:






I to tyle na dziś. Wiem, że są u mnie ostatnio blogowe przestoje, ale wiecie - czasami po całym dniu nie mam siły siedzieć nad czymś do późna. Są takie chwile, kiedy trzeba nauczyć się odpuszczać. 

Powiem Wam jeszcze, że krąży mi po głowie nowy post, związany trochę ze scrapbookingiem, ale przede wszystkim życiowy. Mam nadzieję, że już niedługo uda mi się go z tej głowy wydobyć i opublikować. 

Trzymajcie się! 

środa, 28 lutego 2018

Tu i teraz - luty 2018

Tu i teraz - luty 2018

Luty żegna słońcem i pieruńskim mrozem, po feriach trzeba się na nowo ogarnąć, a na horyzoncie (niestety chyba jeszcze bardzo dalekim) widać wiosnę. No dobra, przyczaja się skubana, bo przy tych temperaturach to średnio wierzę, że w nagłą poprawę sytuacji 😉 Czas na moje 'tu i teraz'!

Podejmuję się napisania tego posta chociaż wiem, że nie będzie on dokładnie taki jak chciałam. Nie dlatego, że w tym miesiącu coś nie wyszło - oj nie, wyszło bardzo wiele fajnych rzeczy i to jest właśnie to. Nie o wszystkim mogę jeszcze napisać (w sumie na własne życzenie), ale za jakiś czas dam znać o co chodziło.



SŁUCHAM
Tego co mi wpadnie w ucho 😉 Aktualnie przy pisaniu tego posta towarzyszy mi dość znany kawałek w nietypowej, bo... organowej odsłonie! 




CHCIAŁABYM
Poczuć się swobodnie ze swoim blogowaniem. Zdaję sobie sprawę (i nie łudzę się), że czyta mnie kilkadziesiąt (?) osób, z czego część to rodzina i wiecie co? W pewnym momencie poczułam się jak Weronika, która świetnie to opisała na początku swojego wpisu. Kiedy zaczynałam prowadzić bloga nigdy nie sądziłam, że będę mogła czuć się podobnie, a teraz trochę tak jest. 

Żeby była jasność - to nie o krytykę chodzi, ale o porównywanie i rozliczanie mnie z tego, co tutaj wypisuję. Chyba wiecie co mam na myśli. 


CZUJĘ SIĘ

Nieco zmęczona ciągnącym się za mną choróbskiem. Mam nadzieję, że jeszcze przed nadejściem wiosny uda mi się z tego paskudnego stanu wyjść.  


JESTEM WDZIĘCZNA ZA
Za to, że mogę śpiewać. Wiem, może brzmieć banalnie, ale kiedy głos nagle zaczyna brzmieć jak zepsuty i zapchany traktor, a śpiewanie okazuje się drogą przez mękę, naprawdę warto docenić to, że można śpiewać. Szczególnie, gdy pracuje się w szkole.



CIESZĘ SIĘ
Kończy się luty, a ja już mogę odhaczyć trzy cele na ten rok! Jeden jest co prawda zapisany dosyć ogólnikowo, ale rozwinęłam go po swojemu. W czasie ferii nie próżnowałam i udało mi się pozbyć niepotrzebnych rzeczy, które zalegały u mnie latami. 
Chcecie przykład? 
W tym roku stuknie 7 lat od mojej matury (jestem taka stara!), a w przeróżnych papierach znalazłam próbne arkusze m. in. z matmy i polskiego - chyba spuszczę na to zasłonę milczenia 😄

Cieszę się również z rozpoczętej w lutym współpracy z Family Portraits - jestem instagramowym członkiem DT i właśnie na ich profilu wrzucam swoje inspiracje i luźniejsze posty, także zapraszam serdecznie!


UCZĘ SIĘ
Odpuszczania. Mimo tych dwóch, z pozoru dłuuuugich tygodni ferii okazało się, że... nie wyrabiam! Tak, zawsze tak jest. Będę mega produktywna, zamiotę pustynię, przeniosę góry, zdobędę Nobla... i nic!
No dobra, nie miałam aż tak ambitnych planów (chociaż zamiatanie pustyni praktykuję chyba od dwóch lat - wiecie, prokrastynacja), ale odgracanie się spowodowało siłą rzeczy jeszcze większy bajzel w domu i cóż, odpuściłam terminowe wrzucenie planowanego posta. Zresztą pisałam w nim o moich próbach publikacji.


CZYTAM
Tradycyjnie, od chyba trzech miesięcy 'Miej umiar', ale nie przeszkadza mi to, bo książka jest naprawdę przyjemna w odbiorze i dobrze się ją przyswaja.
Poza tym, czaję się od jakiegoś czasu na książkę 'Kierunek freelance'. Bycie freelancerem, czyli pracowanie na własnych zasadach, często jest owiane tajemnicą i wieloma mitami. Dlatego dobrze, że powstają kolejne książki o takiej tematyce, będące zarówno zbiorem treściwych informacji dla kogoś, kto chce zacząć pracować w ten sposób lub po prostu dla osób, które mają często mylne wyobrażenia co do freelancingu.
W swojej biblioteczce mam już książkę Agnieszki Skupieńskiej 'Zostań freelancerem: praca zdalna od A do Z' i jest to jedna z moich ulubionych lektur. Warto pokazywać, czym tak naprawdę jest freelance.

Jakie jest Wasze zdanie na temat pracy zdalnej, na swoim? Może ona zapewnić poczucie bezpieczeństwa, czy wręcz przeciwnie - etat gwarantuje stabilność? Dajcie znać!



Druga książka, którą zdążyłam przewertować pośpiesznie, ale myślę, że jeszcze do niej wrócę, to 'Toksyczni ludzie'. Wszyscy mamy do czynienia z takimi ludźmi - w pracy, w sąsiedztwie, w związku... Autor zwraca uwagę na różne typy osób, przez które czujemy się po prostu źle. 
Myślę, że ta książka może być pomocna nie tylko przy 'diagnozowaniu' społeczeństwa, w którym żyjemy, ale i nas samych. Jednak w tym drugim przypadku konieczna jest pokora, by po przeanalizowaniu swojego zachowania dostrzec w sobie problem, przez który możemy być dla naszych bliskich i współpracowników 'toksyczni'. 



OGLĄDAM
Ech, nie wiem, czy ktokolwiek się jeszcze spodziewa tutaj jakichś serialowo-filmowych ekscesów, bo jak podkreślałam wiele razy prawie nic nie oglądam 😄

Jeśli mam obejrzeć serial po raz pierwszy (a nie po raz n-ty te same ulubione odcinki), to nie mogę w międzyczasie tworzyć nowych stron w albumie, scrapować, czy robić innych mniej lub bardziej pasjonujących rzeczy. 
Ja muszę siedzieć i oglądać.
Bo inaczej jedyne co mogę powiedzieć o projekcji to to, że... była. I tyle - w tym wypadku nie mam podzielności uwagi. Zresztą u mnie wszelkie próby oglądania seriali kończą się na kilku odcinkach. Teraz 'testuję' drugi w tym roku serial - ciekawe, czy dobrnę chociaż do połowy sezonu... 😉

Są jednak treści, które oglądam z zainteresowaniem. To instastories. Czasem mniej lub bardziej wartościowe, ale dostępne zaraz po odpaleniu instagrama, więc chyba też w tym tkwi tajemnica oglądalności. 


CZEKAM NA

W tym momencie najbardziej na wiosnę i słońce - tylko i aż tyle 😊


Mam nadzieję, że niedługo pogoda już na dobre odpuści sobie to mrożenie żywcem. W ogóle, to uświadomiłam sobie, że praktycznie za miesiąc Święta! Ten czas zleci jak zwykle baaardzo szybko.

Trzymajcie się i udanego marca! 



Copyright © 2016 Martushkowo , Blogger