sobota, 7 lipca 2018

O słuchaniu siebie i wewnętrznej nudzie


W miejscu tego wpisu miał się pojawić inny: o chórze lub z kolejną porcją kartek. Jednak życie decyduje trochę za nas i dlatego dziś znów napiszę krótko o działaniu i słuchaniu... siebie. 

Jest druga w nocy z piątku na sobotę kiedy siadam do tego posta, bo wiem że nie ma sensu czekać do rana.

Dlaczego siadam tak późno? Bo ja generalnie lubię siedzieć po nocy i działać. Mam to po ojcu. Kiedy wszystko cichnie, świat się uspokaja. Zwykle najczęściej o tej porze mogę się skupić. Większość moich kartkowych poczynań, to zarwane nocki. Ale dziś nie tworzę kolejnego upominku dla kogoś. Wyrzucam z siebie przemyślenia, które wzbierały we mnie przez cały poprzedni tydzień. 

Te kilka ostatnich dni, to czas wzmożonego kontaktu ze znajomymi z chóru - najpierw przez wyjazd warsztatowo-koncertowy, a następnie przez różnorodną integrację. Na facebooku pisałam o różnicach między nami, ale i o ogniwach, które nas w tym wszystkim łączą. Doszłam tam również do wniosku, że... jestem nudna.

Tak, przeszło mi to przez myśl, ale nie zdołowało. To nie jest rodzaj obelgi, raczej stwierdzenie faktu. 

Dlaczego nazwałam siebie w ten sposób? 

Bo rzadko wychodzę poza schemat.
Bo jestem wierna swoim postawom i temu, w co wierzę.
Bo dobrze się czuję ze sobą.

I ten ostatni tydzień to dla mnie częste wychodzenie ze strefy komfortu. Decydowałam się na to świadomie, działałam często spontanicznie. Nie żałuję! Ale wiem też, że przez to moje życie nagle nie zmieni się całkowicie i nie porzucę tego, kim jestem na rzecz takich społecznych działań. Bo musicie wiedzieć, że ja jestem takim trochę ślimakiem w skorupce. Choć lubię wyjść do ludzi, lubię wracać do swojego azylu. 

Usłyszałam na swój temat wczoraj bardzo ciekawe stwierdzenie - że mam smutną duszę
Osobie, która wypowiedziała tę niezwykle oryginalną i nietypową uwagę bardzo dziękuję, bo wiem, że to przeczyta, a mnie to skłoniło do refleksji.

Cóż, jeszcze nie spotkałam się z takim określeniem. 
Smutna dusza. 

To dobrze, czy źle? Czy to prawda? Jak to rozumieć?

Sądzę, że ile ludzi, tyle opinii i wyobrażeń. No bo jak możemy stwierdzić takie rzeczy? Czy to, że nie jesteśmy jak większość społeczeństwa czyni nas smutnymi? Czy to, że nie chodzę na imprezy, prawie nie piję alkoholu i nie jestem otwarta na innych oznacza, że jestem... 

Nudna?

Wiedzcie, że od kiedy poszłam na studia naprawdę bardzo się otworzyłam - na ludzi, nowe rzeczy. Kilka lat temu nie wyobrażałam sobie, że założę bloga, że będę jeździła na scrapowe spotkania i rozmawiała z innymi (o matko z ojcem!) obcymi ludźmi o naszych zamiłowaniach. Pomiędzy liceum, a status quo jest ogromna przepaść. I nie ma to być usprawiedliwianie się na siłę, bo nie muszę tego robić. Chcę tylko powiedzieć, że z wiekiem nasza osobowość może ulegać mniejszym lub większym modyfikacjom.
Ktoś od dzieciństwa spał tylko przy muzyce, a teraz śpi wyłącznie w ciszy.
Ktoś kiedyś nie znosił sportu, a teraz uwielbia go uprawiać
Ktoś lubił imprezy, ale się wyszalał i teraz woli spędzić wieczór z książką. 

Trzeba być na to gotowym i zaakceptować taki stan rzeczy. Także u innych. Dlaczego mamy im dogadzać wpasowując się w dobrze im znane i normalne dla nich działania? Kogo chcemy uszczęśliwić: ich czy siebie? Jeżeli sami ze sobą nie będziemy się dobrze czuć, to jak inni to odbiorą?

Mam wrażenie, że w tym poście jest wiele pytań. Więcej niż kiedykolwiek. 
Może warto jednak zastanowić się, czy chcemy zmieniać siebie dla kogoś, czy chcemy zmienić kogoś, by lepiej pasował do nas? Ja jakoś nie widzę w tym sensu.

Powiedzenie osobie niebędącej duszą towarzystwa: 'musisz się trochę bardziej otworzyć na ludzi, zabawić' jest tyle samo warte, co powiedzenie osobie w depresji żeby się nie martwiła, bo wszystko będzie dobrze. Nigdy nie wiemy, dlaczego ktoś zachowuje się w ten sposób - może miał nieudany dzień, może gnębią go zdarzenia z przeszłości, może ma jakiś poważny problem. A może po prostu taka czyjaś natura?

Jestem osobą spokojną. Nigdy nie przepadałam za zakrapianymi imprezami, czym zaoszczędziłam rodzicom siwych włosów. Potrafię docenić spokojny letni wieczór spędzony na rozwiązywaniu krzyżówek przy otwartym oknie. Taka jestem, ale nie oznacza to, że nie mam poczucia humoru, nie potrafię się śmiać. Potrafię, może nawet więcej niż inni, ale to, co daje mi szczęście jest zgodne z tym, co czuję. Wyjścia ze znajomymi też, bo to forma wspólnego spędzania czasu, ale - na moich warunkach względem siebie. 



I wiecie co? Dobrze mi z tym. Mogę modyfikować swoją osobowość, ale nie chcę jej zmieniać, by pasować do większości. Nie trzeba żyć tak jak wszyscy, by cieszyć się życiem. 



3 komentarze:

  1. oj tam, ja też jestem nudna, lubię komfort, bezpieczeństwo, spokój, porządek i co w tym złego? :) I tak samo uwielbiam siedzieć po nocach i tworzyć, wtedy najlepsze pomysły przychodzą i wena :) Pozdrawiam, Ania :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Absolutnie nic złego! Wyjście do ludzi też jest super, ale spokojny tryb życia jest super :)

      Usuń
  2. Każdy chodź raz w życiu doświadczył czegoś co zmieniło jego pogląd na życie, na ludzi, na odbieranie bodźców z zewnątrz. Smutna dusza to dusza z małą iskierką światła, która tli się na tyle na ile mu pozwalasz. Otwórz się na nowe doświadczenia, podejmuj ryzyko, bo życie mamy jedno, a Twój azyl niech będzie królestwem do którego będziesz mogła wrócić aby odpocząć, przemyśleć pewne rzeczy, usiąść w nocy po to aby podzielić się z innymi swoimi refleksjami. Nikt nie chce Cię zmieniać na siłę, ale ciężko się patrzy na kogoś komu wydaje się być szczęśliwy a tak naprawdę w jego oczach widać smutek

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Martushkowo , Blogger