wtorek, 15 stycznia 2019

Hour by hour - wersja zimowa!

Hour by hour - wersja zimowa!

Połowa stycznia za nami, więc to chyba najwyższy czas przywitać się w 2019 roku, prawda? Dzisiejszy post nadaję do Was z mojego ukochanego miasta - Gdyni! Udało mi się spełnić mały cel wyjazdowy i raczę się morskimi widokami poza sezonem.

Pamiętacie może mój poprzedni post ze zdjęciami godzina po godzinie? Rok temu nie udało mi się podobnego zrobić, a pomysł by powstał ten, narodził się w mojej głowie dzień przed wyjazdem.

Zapraszam do oglądania!



7:05 - czas wstawać! Z utęsknieniem czekam aż o tej godzinie będzie już nieco jaśniej, ale nie jest źle - w końcu wyruszam dziś w trasę.



8:11 - prywatna kontrola bagażowa, sprawdzenie, czy nie zapomniałam o czymś mega ważnym i czas na dworzec!




9:17 - z niewielkim opóźnieniem, ale ruszyłam! Poznań żegna mnie słońcem.




10:17 - ja cieszę się takimi sielskimi widokami w trasie, a zewsząd docierają do mnie informacje, że w Poznaniu śnieg.




11:15 - podróż trwa. Prócz widoczków i drzemek, warto też czasem coś przekąsić.




12:44 - melduję się u celu! Czas na ogarnięcie bagażu i...




13:34 - przywitanie się z morzem! Żaden tam obiad, zakupy, odpoczynek. Musiałam sprawdzić, co słychać na często przeze mnie podglądanej w internecie plaży. Jak widzicie spokój, cisza, zen - poza wiatrem, który zacinał ostro.




14:39 - pora na coś dobrego. Łosoś, ciepły kominek za mną, prawie pusta restauracja - idealnie!




15:28 - a ta znów tutaj! Jak miałam tu nie przyjść jeszcze raz? Nadal wieje, ale przynajmniej nie dostaję po twarzy krupą śnieżną - da się przeżyć.




16:08 - no dobra, czas się trochę rozgrzać - oczywiście w mojej ulubionej gdyńskiej kawiarni. Do sernika, (po raz pierwszy) kawa z dripa! W głowie się nie mieści!




17:02 - z fryzurą potarganą przez wiatr ogarniam bagaż i idę trochę odpocząć w 'bazie'.




18:19 - dość tego słodkiego lenistwa - czas się przejść!




19:22 - obowiązkowy przystanek - sklep Tiger! Wizyta zakończona sukcesem i niekupieniem wszystkiego co wpadło mi w oko!




20:08 - czy ja powiedziałam, że to koniec morza na dziś? No właśnie - pora na wieczorny spacer brzegiem plaży.




21:08 - dobra, teraz już nigdzie nie wychodzę. Herbata, sweter i zgranie zdjęć z całego dnia.




22:00 i dalej - obróbka fotek do tego wpisu, zapiski w plannerze, jeszcze jedna herbata i dobranoc!



Cieszę się, że niemal w ostatniej chwili przypomniałam sobie o tym rodzaju postu. Może tym razem uda się robić taki dzień ze zdjęciami raz na pół roku? Zachęcam Was do zabawy - nawet jeśli nigdzie tego nie opublikujecie albo nie pokażecie każdej godziny, to i tak może to się okazać dla Was fajną zabawą!


Zmykam zrobić sobie jeszcze jedną herbatę i dalej cieszyć wyjazdem!



niedziela, 30 grudnia 2018

Podsumowanie roku 2018

Podsumowanie roku 2018

Wybierając słowo na 2018 rok miałam naprawdę duży problem. Po 2017 i 'rozwoju', który idealnie się wtedy sprawdził chciałam utrzymać ten stan, ale jednocześnie oprzeć się na jakimś nowym słowie przewodnim. Długo nie mogłam się na nic zdecydować i w końcu decyzję oparłam na tym, do czego chciałam dążyć przez wymyślony w styczniu remont. Potrzebowałam w swoim życiu prostoty i zneutralizowania swojego otoczenia. Stąd też prostota wydawała mi się w tamtym momencie dobra. 

Pamiętam doskonale 1 stycznia. Usiadłam przy biurku i kiedy większość miasta odsypiała sylwestrowe szaleństwa, ja spisałam cele na nowy rok. Były to realne do wykonania sprawy, które podzieliłam na kategorie: osobiste, praca, przestrzeń. 

Zgadnijcie, w której nawaliłam po całości?

Tak, w osobistych. 

I moglibyście teraz powiedzieć, że co to za ironia, bo przecież trąbię Wam już od lipca, jak to ludzie zmienili moje życie itd, wiecie bla, bla, bla. 
Bo to wszystko prawda. 

Z tym, że nie byli to ci sami ludzie, których ujęłam we wspomnianej kategorii. Na początku roku miałam jeszcze nadzieję i patrzyłam na pewne sprawy zbyt optymistycznie. Prawda jest taka, że wszystko się sypało. Wiedziałam o tym doskonale, choć jeszcze nie miałam odwagi tego przed sobą przyznać. Z tygodnia na tydzień wiele spraw nawarstwiało się, tworząc przytłaczający ciężar, który przybierał na sile. 
W styczniu rozpisywałam szczegółowo co mogę zrobić, by zmienić i poprawić to, co już jest, a w czerwcu większość z tych zapisków przestała obowiązywać przez podjęcie pewnej decyzji i poważne kroki w moim życiu. 

To właśnie wtedy, w połowie roku zrozumiałam, że to nie prostota prowadzi mnie od kilku miesięcy...


Odwaga

Towarzyszyła mi podświadomie, w wielu małych rzeczach szczególnie od stycznia, gdy postanowiłam całkowicie odmienić przestrzeń, w której żyję i zrobić remont. 

  • Zmiana zieleni i błękitu na biel i drewno. 
  • Pytania i zdrowa ludzka ciekawość.
  • Podjęcie przełomowej decyzji. 
  • Otwarcie się na nowe znajomości.
  • Próbowanie nowych rzeczy.
  • Korzystanie z życia. 

To duży skrót, ale bez odwagi, nie byłoby żadnej z tych rzeczy. Tkwiłabym w tym samym miejscu, uśmiechając się, ale jednocześnie czując ciężar coraz bardziej przygniatający mnie od wewnątrz. Przez pierwsze półrocze czułam wyraźnie ten narastający ładunek, ale zawalczyłam o siebie, zrzuciłam balast, odżyłam i... przeżyłam rozczarowanie. Bo nie było tak, jak się zapowiadało. 
Powiem Wam, że choć powinnam być już od kilku lat do tego przyzwyczajona, to ZAWSZE boli to tak samo. Sama się sobie dziwię, że znalazłam siłę i potrafiłam jakoś zaakceptować pewną konkretną informację, której się dowiedziałam. Do teraz nie mam pojęcia jak to zrobiłam - może po prostu nie przesłoniło mi to chęci poznania osoby, której ta sprawa dotyczyła? Można powiedzieć, że do teraz spotykają mnie mniejsze i większe rozczarowania tak jak dzisiaj, w sobotni wieczór, kiedy piszę te słowa i kiedy już byłam przekonana, że pewne sprawy się wyjaśniły. 


LUDZIE

Człowiek to jest ciekawa istota. Każdy rozumie pewne rzeczy na swój sposób. Nauczyłam się, że niektórym osobnikom (tak, o facetach mówię), trzeba powiedzieć wprost, pięć razy coś, żeby dotarło. Niestety, nawet jeśli mi się wydaje, że mówię o czymś wprost, to później wychodzi na to, że zostawiam coś w zawieszeniu. Grrr... Może wydaje się Wam, że jest mi lekko o tym pisać, ale nie, bo to cholernie boli od środka. 

Osoby w moim otoczeniu często mi mówią, że jak zwykle jestem pełna optymizmu, co jest oczywiście stuprocentową ironią, bo musicie wiedzieć, że należę do tego typu osób, które wolą się nastawić na najgorsze, by później pozytywnie się zaskoczyć. Nie walczę z tym, tak już mam. Stąd pewnie wzięło się u niektórych postrzeganie mnie jako osoby smutnej. To kim jesteśmy jest składową wielu czynników, nie tylko pierwszego wrażenia. Dlatego wspólne poznawanie się, czy to w żartach, w poważniejszych sytuacjach lub po prostu w normalnym życiu jest takie ważne.

Możemy dowiedzieć się, że mamy taką samą pasję, że lubimy taką samą muzykę... Możemy doświadczyć, jak przyjemnie się z kimś tańczy, zwłaszcza, gdy patrzą na nas sami pięćdziesięciolatkowie 😉 Możemy słuchać pewnych osób godzinami, chcieć dowiadywać się o nich więcej i więcej... nie ze wścibstwa, tylko z czystej chęci poznania tego kogoś. Możemy dostrzegać różne drobiazgi u drugiej osoby: zmarszczki wokół oczu, gdy się śmieje, to, że mamy podobne poczucie humoru, które tylko my rozumiemy... Wiele jest takich spraw, a one mają wpływ na nasze relacje międzyludzkie. Przekonuję się o tym, jak ważne jest to dla człowieka. Drugi człowiek. Otwarcie się na niego. Bez tego, bez ludzi, nie pisałabym dziś tych słów. Tak naprawdę nie wiem, co bym teraz pisała, bo staram się skupiać i być wdzięczna za moje 'tu i teraz', które choć niepozbawione wspomnianych wcześniej rozczarowań, jest o niebo lepsze od poprzednich lat. 


Tu również wielki wpływ na te relacje miała odwaga. Bo bez niej byłoby niewiele z tego, co się wydarzyło. I cieszę się ogromnie, że w moim życiu pojawiły się nowe osoby, które zastąpiły tych, którzy przestali być jego częścią. Dzięki tym osobom pojawiły się wypady na karaoke, planszówki, śpiewanie gdzie się da i spacery po Poznaniu - dziękuję Wam! ❤️



PODRÓŻE

Innym aspektem tej odwagi były podróże. No, może i nie było ich jakoś dużo w tym roku, ale warto zauważyć, że odważyłam się pojechać na drugi koniec Polski tylko po to, by móc po dziesięciu latach ponownie zobaczyć ukochany musical! Nowe miejsce, nowa trasa wśród tych, którymi regularnie jeżdżę PKP. Ekscytacja podwójna - i podróżą i spektaklem. Żal było wracać! Gdybym mogła, zostałabym w klimacie tego widowiska jeszcze przez kilka godzin... 
Do tej pory do podróżowania podchodziłam dość obojętnie - chyba, że celem miała być jakaś nadbałtycka miejscowość, wtedy cieszę się zawsze tak samo mocno! 

W tym roku polubiłam podróże. I tak, jak wspomniałam - dużo ich nie było, nie obleciałam połowy świata, ale cieszę się z każdej z nich. Białystok, Grabie, Gdynia, Gniezno... Poza tym pierwszym wyjazdem, wszędzie towarzyszyli mi ludzie, w większości osoby z chóru. Wspólne śpiewanie, wygłupy, przygody - to wszystko czyniło te podróże jeszcze ciekawszymi i niezapomnianymi. I choć niektóre mogłyby trwać dłużej niż dzień, to i tak pozwoliły mi na kilka godzin oderwać się od codzienności. To pokazuje, że pasja łączy, niezależnie od okoliczności i miejsca, w którym się znajdujemy. Jesienią poczułam, że potrzebny jest mi wyjazd. Taki reset dla mózgu, odpoczynek od tego, co mam na co dzień. Zobaczymy co z tego wyjdzie, czas pokaże. 



BLOG

Było o ludziach, podróżach, warto więc dodać jeszcze kilka słów o blogu, który cóż... mógłby się mieć lepiej. Były w tym roku miesiące, gdzie leciałam na petardzie, posty dodawane regularnie, mieszanka scrapbookingu i lifestyle'u, ale grudzień okazał się porażką. I w pewnym momencie... odpuściłam. 

Odważyłam się na to, zamiast silić się na wrzucanie tu czegokolwiek. Pomijając ten nieciekawy blogowo miesiąc, to bilans wyszedł mi na plus. Choć odwiedzin i wyświetleń postów nie było tyle, co rok temu, to liczą się Wasze wartościowe komentarze i reakcje, czy to bezpośrednio pod wpisami, czy na facebooku lub w wiadomościach prywatnych. Najciekawszymi dla Was postami (no i też moimi ulubionymi) stały się te życiowe, które wpadały mi do głowy spontanicznie, bez wcześniejszego planowania. Dwa z nich podlinkowałam wyżej (o smutnej duszy i pasji), tu podrzucę jeszcze trzy:



Dużym zaskoczeniem była dla mnie informacja o tym, że stałam się dla kogoś inspiracją, że dziękuje mi za te kilka słów, które napisałam. Tak było szczególnie w przypadku postu o akceptacji, którego wrzucenie było dla mnie aktem odwagi. Może się Wam wydawać, że to nic takiego, ale wierzcie - każdy z nas ma inny próg tolerancji samego siebie. Dlatego dziękuję Wam za wszystkie reakcje, a także za to, że śledzicie martushkowy kącik ukradkiem. To wiele dla mnie znaczy! Pozdrawiam również moich uczniów, bo wiem, że niektórzy mnie podczytują, choć nie wiem dlaczego 😋



Bycie inspiracją okazało się dla mnie czymś zupełnie nowym, natomiast wśród osób, które mnie inspirują, nie ma jakiś większych zawirowań. 

Nadal regularnie czytam/słucham/oglądam:

  • Panią Swojego Czasu - Ola przekazuje tyle energii i wiedzy, że to się nie dzieje! Polecam jej posłuchać, bo potrafi nieźle otworzyć oczy!
  • Lifemanagerkę - tu bez zmian. Uwielbiam vlogi Agnieszki, z chęcią wracam do tych wcześniejszych i żałuję tylko, że nie mam tyle samozaparcia, by częściej próbować publikowanych przez nią przepisów!


INNE

Zawirowanie natomiast dokonało się w mojej szafie! Już rok temu, podjęłam pierwsze próby przejścia na capsule wardrobe. Najlepiej sprawdziło mi się to latem i w tym roku było podobnie. Dorzuciłam do tego kilka spódniczek, no bo nie będę się przecież kisić w spodniach jak na dworze tropiki. Tak sobie je nosiłam i tak mi jakoś zostało do teraz. A konkretniej - przerzuciłam się całkowicie na spódniczki i sukienki! Kiedyś było to dla mnie coś niewyobrażalnego, a teraz okazało się czymś zupełnie naturalnym. Stuknęły mi już cztery miesiące bez spodni i póki co licznik leci dalej! 
Dzięki tej zmianie odkrywam, że w takim stroju również można się czuć komfortowo. Z mojego doświadczenia wynika, że nawet bardziej! Sukienki i spódnice dodają tego czegoś, co sprawia, że lepiej się czuję, a do tego są bardzo uniwersalne, bo pasują właściwie wszędzie. 




To niesamowite, ile może się zmienić w ciągu roku. Ilu ludzi możemy poznać, ile rzeczy odkryć, jak bardzo niektóre sprawy potrafią się skomplikować przez niedopowiedzenia, a inne rozwiązać raz na zawsze. Ile w nas samych może się zmienić i jakimi po tym roku możemy być ludźmi. Nie powiem, że boję się 2019, ale czuję narastającą ekscytację jaki będzie! 


Życzę Wam i sobie tylko jednego - żeby nie był gorszy od mijającego!


piątek, 30 listopada 2018

Tu i teraz - listopad

Tu i teraz - listopad

Listopad, ach listopad. Czy cieszę się z jego końca? I tak, i nie. Oczywistym jest, że nie możemy zatrzymać czasu dosłownie 'tu
i teraz', choćbyśmy nie wiem jak chcieli. To dla nas wszystkich znak, by nie przeżywać spotkań, spacerów biernie. Nie patrzeć jak obrazy przesuwają nam się przed oczami, ale spiąć się, wyjść z trybu uśpienia i wsłuchać się intensywniej w rozmowę lub śmiech, skoncentrować na zapachach wokół nas, zapatrzeć się w zmarszczki wokół oczu, które tworzą się podczas tego śmiechu... 


Tak wiem, wielu z Was powie, że to duperele, ale ja lubię duperele
i wszystkie pierdoły, dlatego na tym chcę się koncentrować. Cieszę się
i doceniam
te pozornie nic nieznaczące rzeczy stanowiące część mojego życia: zapachy przywołujące wspomnienia, szczegóły przypominające konkretne osoby. 
I mimo, że listopad (szczególnie jego początek), to czas zadumy nad tymi, którzy odeszli, to ja akurat mówię o żywych. O ludziach, którzy mnie otaczają, z którymi czas leci zawsze za szybko i jest go za mało. Nie mogę się doczekać, by rozwinąć ten temat - dobrze, że do grudnia, a co za tym idzie - do rocznego podsumowania niedaleko. 

Mimo dobrego początku, listopad dał mi trochę w kość. Czuję się (momentami bardzo, bardzo) rozmemłana, niedoceniona, bez chęci na cokolwiek. Nie wiem, czy akurat tak wypadło, czy miał na to wpływ koniec złotej jesieni i początek tej szarej (jak dla mnie równie pięknej). Ten czas stagnacji zostawiam za sobą i cieszę się, że zbliża się grudzień, z całym dobrodziejstwem. I liczę na to, że z dnia na dzień świąteczna atmosfera będzie mi się coraz bardziej udzielać, bo tak szczerze, to jeszcze mnie nie to wszystko nie rusza. Zrobiłam co prawda pierwsze podchody do świątecznego Buble'a, ale szybko odpuściłam. No jakoś mi jeszcze nie leży. W grudniu chcę znów oddać się swojej małej tradycji i codziennie spisywać wspomnienia mniej lub bardziej świąteczne w grudzienniku. Popularną nazwą jest oczywiście 'grudniownik', ale do swoich potrzeb zmodyfikowałam tę nazwę. Zerknijcie jak wyglądały te grudniowe albumy w poprzednich latach: 2016, 2017.

Ostatnie dni przyniosły również dobre nieświąteczne wspomnienia
i choć ZNÓW stoję na jakimś quasi rozdrożu, to mam nadzieję, że z początkiem grudnia sytuacja się w końcu wyklaruje, no bo kuźwa ileż można?! 

Tu wtrącę taką małą radę odnośnie bycia 'tu i teraz' - nie czekajcie z powiedzeniem drugiej osobie różnych spraw. Chyba, że macie ochotę ją zbluzgać - wtedy przystopujcie. Jeśli jednak sprawa dotyczy delikatniejszych i mniej agresywnych obszarów, to mówcie z serca, wyjaśniajcie, nie zostawiajcie rozmówcy w zawieszeniu. Wierzcie mi, zrobiłam tak i teraz ten ogon się za mną wlecze i mi nieźle ciąży... 

Wiem już dzięki temu nad czym muszę popracować, to kolejna życiowa lekcja. Od kilku miesięcy widzę, jak wielu rzeczy nie wiedziałam, nie doświadczyłam. Żyłam jak pod jakimś kloszem. I tak jak wyżej w przypadku ludzi - ten temat również rozwinę w rocznym podsumowaniu. 

Mówię o tym wszystkim, ale nie mogę uwierzyć, że to już za miesiąc. Za miesiąc będzie się kończył rok. Niektóre miesiące ciągnęły się jak niemiłosiernie, inne minęły zdecydowanie za szybko... Życie. Inaczej wygląda, kiedy przedstawia się je w filmach, a kiedy trzeba je samemu przeżyć, to nie jest tak łatwo. 

A skoro o filmach mowa, to nadrobiłam w listopadzie zaległość
w kwestii 'Fantastycznych zwierząt...'. Obie części bardzo mi się podobały, a wersja 3D? Świetna! Przyznam szczerze, że nie wiedziałam czego się spodziewać, bo było to moje pierwsze podejście do tego typu filmu, ale wiem, że to powtórzę. Kinowy plan na grudzień to 'Narodziny gwiazdy' - ciekawe, czy uda mi się w coraz większym przedświątecznym szale zrealizować ten plan. Nawet jeśli nie, to będę sobie za to spokojnie podczytywać 'Prosto i uważnie' - korzystam z chęci na czytanie póki trwa. 



Życzę Wam bardzo spokojnego grudnia - żeby nawał obowiązków nie wyssał z Was całej chęci do życia!


piątek, 23 listopada 2018

Liście i światło

Liście i światło

Trochę powiało pustką na blogu, ale już jestem, wróciłam. Na facebooku pisałam co się działo, może rozwinę temat w listopadowym 'tu i teraz'. Uspokoję, jeśli ktoś coś pomyślał - nic złego się nie stało. 

Po tej małej blogowej przerwie, wracam z formą, którą ostatnio robiłam jakoś wiosną - layout! Motorem do działania były cudowne produkty od Studio Forty z serii Magic Fall. Miałam zdjęcie, miałam papier i... brak pomysłu. Jednak olśnienie przychodzi w najmniej spodziewanym momencie i miejscu - w taki oto sposób wpadłam na stemplowanie przez szablon. 

Rozrysowałam sobie liść podobny do tych, które uchwyciłam podczas jesiennego spaceru w pięknym słońcu. Następnie wycięłam i dobrałam stemple. Są one na tyle elastyczne, że nieco je powyginałam, już na bloczku tworząc efekt liścia, a potem mieszając jesienne kolory tuszy odbiłam przez wycięty wcześniej szablon.


Na tak przygotowanej bazie zaczęłam zabawę z papierami, zdjęciem i innymi przydasiami. Nastemplowane liście zdają się jakby wychodzić ze środka scrapa. A wokół to, co lubię najbardziej! Papiery, enamel dotsy, naklejki - zarówno transparentne, jak i chipboardy. 

Zerknijcie na szczegóły:







Dobrze się bawiłam przy tym scrapie, choć po przerwie trochę ciężko było rozruszać palce 😉 Za pasem grudzień, a więc i mój trzeci już grudziennik i waham się nadal nad jego formą. Ciekawe, na co się w końcu zdecyduję. 

Do przeczytania w przyszłym tygodniu!

czwartek, 1 listopada 2018

Tu i teraz - październik

Tu i teraz - październik

Siedząc w nocy z 31 października na 1 listopada, po kolejnej nieudanej próbie napisania jakiegoś logicznego zdania postanowiłam: odpuszczam październikowe 'tu i teraz'. Niewielka strata dla świata blogowego. Jednak coś drgnęło i dzięki temu możecie czytać te kilka słów wystukane w klawiaturę przy akompaniamencie mojego odkrycia ostatnich dni - The Score.

Cóż, październik mówiąc wprost zaczął się dnem, mułem i wodorostami. Pewna sytuacja wprowadziła mnie w taki stan. Z każdym dniem było lepiej, a w międzyczasie praktykowałam u siebie szukanie jakichkolwiek dobrych i drobnych rzeczy z danego dnia. Udawało się! To pokazuje, że często te 'pierdoły' mają ogromne znaczenie, gdy wokół wali się wszystko. 

I teraz pod koniec miesiąca (który minął mi tak szybko, że prawie nie zdążyłabym napisać podsumowania!) znów zaczynam tracić grunt pod stopami. Czuję, że poczucie bezpieczeństwa, które odzyskałam jakiś czas temu, zaczyna się rozmywać... Jeśli zniknie... lepiej się teraz nad tym nie zastanawiać. 

Wiem, że te poprzednie akapity, to niezbyt udany początek posta, ale to moje życie. Są w nim dobre i złe chwile. Dlatego w dalszej części postaram się skupić na tych pierwszych. Choć jest ciężko, bo ręce nie raz zawisają nad klawiaturą i nie wiedzą co wystukać, to zbieranie wspomnień z zapisków i głowy uświadamia mi, że wbrew nieciekawej 'klamrze', która spięła październik, nie było tak źle. Bo choć nie udało mi się pojechać do Krakowa, na co już od jakiegoś czasu byłam nakręcona, to tak się złożyło, że zmiana planów na ten dzień skutecznie poprawiła mi humor i pozwoliła doświadczyć czegoś dla mnie nowego. 

Wpisy 'tu i teraz' są dla mnie formą wygadania się. Co prawda wiele razy główkuję, by nie pisać o wszystkim wprost, ale to dobrze - w jakiś sposób się rozwijam. I analizując ostatnie wydarzenia widzę, że stanęłam z wieloma rzeczami w miejscu - nie mam pojęcia dlaczego. Coś mnie blokuje by ruszyć dalej. Zastanawiam się co mogę zrobić z tymi blokadami, które we mnie są. Samo czekanie nie pomaga, hm... Jednocześnie staram się działać i tworzyć. W ostatnich tygodniach pojawiła się jesienna praca, a niedawno wróciłam do farb! Na jak długo, to się okaże. Powiem Wam tylko, że to, co zmalowałam wprawia mnie w dumę, a to się rzadko zdarza! 😉

Co jeszcze było dobrego? Lato przekazało dalej pałeczkę w przepięknym stylu, dzięki czemu polska złota jesień mogła naprawdę zaistnieć. Cieszę się ogromnie, że wróciły wspólne wyprawy i 'sesje' śpiewacze, których brakowało przez cały wrzesień. Chóralne przeboje 'męczone' w czasie wakacji znów mogły zabrzmieć w kameralnym składzie. To jest dla mnie niesamowite - wystarczy hasło, dźwięki i powstaje muzyka, którą tak bardzo kocham, mimo że pewnie tej miłości nie widać w pełni na co dzień. Jednak pasja nie zawsze musi dać się dotknąć, by poruszać serce. Co nie znaczy oczywiście, że te 'namacalne' są do bani! Ile osób tyle pasji i to jest niesamowite!

Jeśli już o muzyce mowa, to musicie wiedzieć, że powoli włącza mi się tryb 'Święta'... Może to chore, ale nic na to nie poradzę. Póki co, nie sięgnęłam jeszcze po świątecznego Michaela Buble, więc nie jest ze mną aż tak źle. Jeszcze chwila i obwieszę pokój lampkami! Teraz jak to napisałam, to po prostu nie mogę się doczekać! 😏

No dobra, tym oto akcentem kończę październik i witam listopad. Wiem, że tego nie widać, ale działo się dużo... tylko, że w mojej głowie.

Dobrego miesiąca! 
 

Copyright © 2016 Martushkowo , Blogger